Bieguny ziemi cz. 4

Jeśli krótkie lato krain arktycznych obok istotnych zmian na korzyść daje jeszcze ci złudzenia rozkoszne, za to zima jest porą, która na żadne złudzenia nie pozwala. Twarda, zimna, nieubłagana rzeczywistość, której strony ujemne przewyższa zawsze okropnością to, na co śmiały wędrowiec tych stron był zupełnie, wedle własnego mniemania, przygotowanym. Samej tylko temperatury wystarczyłoby na zupełną i bezgraniczną mękę człowieka, choćby ten w najsurowszych cywilizowanego świata klimatach od dzieciństwa był zahartowanym. To, o czym mieszkaniec północnej Europy może stworzyć sobie pojęcie, to jest jakieś od -30 stopni do -35 stopni dochodzące obniżenia temperatury, a to niczym jest przecież w porównaniu do mrozów krain podbiegunowych, w których -55 stopni i -58 stopni są rzeczą powszednią w porze zimowej. Jeśli dodamy do tego wichry tych krain, podwajające co najmniej dokuczliwość niskiej temperatury, stanie nam się od razu zrozumiałym ogrom warunków ujemnych, którym tylko wyjątkowo odporny organizm przy wielkiej potędze woli czoło stawić może.

Drugim szkopułem klimatu stron arktycznych jest wielka zmienność temperatur w ciągu dnia. Gdy Nansen w roku 1888 przebywał Grenlandią na łyżwach, takie notował zmiany termometru w dniu 15 Września na przykład, na wysokości 2000 do 2500 metrów pro nad poziomem morza. Około południa było -20 stopni a pod wieczór spadł ciepłomierz do -45 stopni. Możliwą jest zatem w ciągu jednej doby różnica na 25 stopni, co tylko na Saharze, dzięki szczególnej suchości atmosfery, spotkać można. W czasie wielkich mrozów grudniowych i styczniowych temperatura w Grenlandii spada do 65 stopni niżej zera. Dowodzi to, o ile przypuszczać można, że środek tego lądu posiada rodzaj drugiego bieguna, który oddalony jest od bieguna prawdziwego na tę samą odległość, co leżący z drugiej jego strony Wierhojańsk. Ta ostatnia miejscowość uznaną była dotąd, jako posiadająca najniższą temperaturę na kuli ziemskiej.

W ogóle nie należy mniemać, że zimno, zwiększa się niezmiennie w miarę posuwania się ku północy, bo temperatura zależną jest ód wielu bardzo przyczyn niezawisłych od szerokości geograficznej. Podróże podbiegunowe d-ra Kane i Belchera dostarczyły pod tym względem obfitość danych, dotyczących niskich temperatur, które znosić może człowiek w bliskości bieguna. Podczas gdy Kane zimował w 1854 r. w cieśninie Smith a pod 78 stopni 37 minut szerokości północnej, najlepszy z jego termometrów wskazywał – 55 stopni 50 minut. W tym samym mniej więcej czasie sir E. Belcher doświadczał mrozu 52-u stopniowego w cieśninie Northumberland. Zwykłem bardzo pytaniem, które sobie zadaje mniej więcej każdy, jest, jakim sposobem może człowiek znosić, przez czas dłuższy mianowicie tak niską temperaturę. Nieprzenikalność futer używanych na północy, przy podziwu godnej właściwości organizmu ludzkiego przystosowywania się stopniowego do wszelkich zmian klimatu, stanowi tutaj odpowiedź wystarczającą zupełnie. To też po upływie pierwszych dni ciało zaczyna wytwarzać i siebie o tyle więcej ciepła, o ile atmosfera zewnętrzna jest niższą; płuca pochłaniają tam większą ilość tlenu, który ze swojej strony wzmaga proces kombustii organicznej. Apetyt wzrasta w klimacie północnym, a gdy go zaspokoi surogatami bogatymi w tłuszcze, przyspiesza się tym sposobem obieg krwi i wzmaga odporność człowieka.

To też cudowne prawdziwie objawy, za pomocą których ciało nasze oswaja się z surowością nieprzyjaznego klimatu, oczywistsze są daleko tam na północy, niż w strefie tropikalnej. D-r Kane twierdzi, że ten nagły zamach klimatu podbiegunowego na organizm ludzki niczym jest właściwie w porównaniu ze zdradzieckimi wpływy okolic bliższych równika. Jeden z towarzyszów jego przygód, który przebył dwa lata w Upernawick, tak przywykł do niskiej temperatury, że nader rzadko wchodził do pokoju, w którym był rozniecony ogień. Inny członek tej samej wyprawy G. Killey, obdarzony niezwykłą silą i zdrowiem, tak dalece oswoił się z zimnem najcięższym, że w czasie wycieczek sypiał na saniach nieokryty, w tym tylko ubraniu, w którym chodził zwykle, podczas gdy mróz dochodził 35° niżej zera. Gdy kapitan  stopni Parry zimował na wyspie Melville w roku 1819 termometr spadł w Listopadzie do – 38 stopni a w Grudniu nawet do -43 stopni. Piwo, wino i likiery, nawet wódka pozamarzały. Oficer pewnego razu wszedł na gniazdo bocianie z butelką wody płynnej w kieszeni, ta butelka upadla przypadkiem na pokład, ale potrąciwszy się o coś w drodze upadla już stłuczoną. Otóż trudnym jest do wiary, ale niemniej prawdziwym, że nie krople płynu w niej zawartego, ale kulki ściętej wody posypały się wraz ze szkłem.